Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
66 postów 39 komentarzy

Godny Ojciec

Godny Ojciec - Jestem Ojcem. Walczę z przemocą i pedofilią instytucjonalną. Od ponad 3 lat bronię rodziny przed nieludzką agresją biurokratów z MOPR. Los nie oszczędził moim najbliższym cierpień i gorzkich doświadczeń. Opisuję je jak umiem by ostrzec kole

Funkcjonariusz MOPR powinien nosić pletyzmograf prąciowy?

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

W końcu już na samym początku pewne symptomy w zachowaniu J. Rosłona wydały się mi niepokojące. Na przykład to, w jaki sposób wymawiał słowo "dziecko". Brrr... ciarki szły po ciele

" Pletyzmograf prąciowy (ang. penile plethysmograph) – typ pletyzmografu, który mierzy ilość krwi w prąciu.
Jest przeważnie używany do badania wielkości seksualnego podniecenia u osoby obserwującej zdjęcia, filmy lub słuchającej nagrań. Istnieją dwa rodzaje: volumetric air chamber mierzy zmiany ciśnienia powietrza w torbie nakładanej na prącie i circumferential transducer służący do pomiaru zmian w obwodzie prącia. Pletyzmograf prąciowy został wynaleziony przez Kurta Freunda w Czechosłowacji w latach 50. XX wieku[1]. W zamierzeniu twórcy miał służyć do sprawdzenia orientacji seksualnej wśród kandydatów do wojska, którzy twierdzili, że są homoseksualni, chcąc uniknąć obowiązkowej służby w wojsku[2] (geje w tamtych czasach byli wykluczeni ze służby wojskowej)."

 
Kto by pomyślał, że już trzy lata upływają od kiedy dwoje pospolitych zbirów, podających się za funkcjonariuszy skierniewickiego MOPR-u wślizgnęło się do mojego mieszkania w celu zgnojenia mojej rodziny i podeptania sacrum naszego ogniska domowego celowo chamskim zachowaniem i fałszywymi zarzutami.
A to był przecież dopiero początek naszej katorgi poprzez liczne instytucje: deptania naszej godności, publicznych pomówień, medialnej nagonki, społecznego zniewolenia i wykluczenia, sfingowanych procesów, polowania jak na zbiegów przed pańszczyzną itd. Nie będę opowiadał teraz szczegółów bo przecież sporo już napisałem o doświadczonych plagach we wcześniejszych moich artykułach. Pomimo licznych problemów moje teksty wciąż są dostępne w internecie i można w wolnych chwilach sobie je poczytać. W tym miejscu, za pamięci, muszę podziękować administratorom takich niezłomnych portali jak "Podziemna TV", "Niepoprawni" "Salon24" czy "Trzeci Obieg" za wspieranie i obronę życia mojej rodziny w najczarniejszych chwilach. O innych którzy woleli się nie narażać przemilczę - bo przecież i tacy byli i niestety było ich więcej.
Kto by trzy lata temu pomyślał, że gdyby nie moje, na poły wrodzone, na poły wytrenowane opanowanie, otwarcie i katolicko-misjonarskie podejście do relacji międzyludzkich; najprawdopodobniej zostałbym dziś przed sądem uniewinniony od zarzutu przekroczenia granicy obrony koniecznej w obronie miru domowego i dobrego imienia rodziny. A nie fałszywie skazany za rzekome znieważenie funkcjonariusza.
Jak to się wszystko plecie... "Dobry uczynek zostanie przykładnie ukarany"- mawiają (co raz liczniejsi) mędrkowie. I niestety z czystym sumieniem muszę dziś potwierdzić, że to prawda. Właściwie to trzeba by raczej powiedzieć "dobre zaniechanie"...
Bogatszy w jeszcze niecodzienne dla większości Polaków doświadczenie mogę z całą pewnością stwierdzić, że lepiej by mi było wówczas wyciągnąć maczetę i z okrzykiem "Allachuakbar" po prostu posiekać agresorów na kawałki. Sprawa byłaby dla wszystkich jasna i jednoznaczna. W mej obronie zapewne wystąpiłby wówczas sam car Unii Europejskiej, Donald Tusk z publicznym zawołaniem, iż to nie o żadną poezję przecież chodzi, ale o objawioną prawdę najprawdziwszą, koraniczną i wymogi szariatu. Sędzia Krzysztof Kotynia nie musiałby dawać wówczas wiary czyimkolwiek podszeptom pozamerytorycznym, czy też karkołomnym zeznaniom tak zwanych "poszkodowanych" i w oparciu o nie usiłować budować eksperymentalne konstrukcje nie tylko sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, ale i z prawami fizyki. Ja natomiast nie musiałbym się dziś zastanawiać, która z licznych teorii spiskowych lepiej objaśnia nieprawdopodobne fakty, jakie się zdarzyły przez te czarne lata. Nie musiałbym też dziś zadręczać się domysłami: czy postępowanie urzędników skierniewickiego MOPR-u nie miało aby podłoża kidnapersko-pedofilskiego?
No bo jeśli miało... Jeśli miało! No to matko i córko!
W końcu już na samym początku pewne symptomy w zachowaniu J. Rosłona wydały się mi niepokojące. Na przykład to, w jaki sposób wymawiał słowo "dziecko". Brrr... ciarki szły po ciele. Albo jak rozumiał pojęcie "dziecka dobro", "przemoc domowa", "interwencja", "patologia"... W jaki sposób opowiadał o swoich pięcioletnich doświadczeniach dotyczących obcowania z małoletnimi... Szkoda gadać.
A priori wyparłem te moje przeczucia pierwotne. Głupi, stłumiłem wysiłkiem woli jako bezpodstawne. Na jakiej podstawie "bezpodstawne" nawet się wtedy nie zastanowiłem? Wieloletniego medialnego wytresowania w konwencji? Zdaje się, że przyjąłem tak tylko dlatego, że jak większość przeciętnych obywateli ufałem. Jak większość tkwiłem wówczas w niczym nieuzasadnionym przekonaniu, iż funkcjonariusze państwa wysyłani na interwencję w intymne sprawy nieletnich i ich rodziny muszą być ludźmi taktownymi, doświadczonymi, znajdującymi się na odpowiednim poziomie kultury, że są dobrze wykształceni i wnikliwie przez system zweryfikowani pod każdym względem, zwłaszcza na okoliczność posiadania seksualnych deficytów.
Sporo się musieli natrudzić Jarosław Rosłon wraz ze swoją przełożoną dyrektor Janiną Wawrzyniak abym zwątpił w te, wydawałoby się oczywiste, pryncypia ustrojowe i wrócił myślami do mych pierwszych wrażeń, oraz natrętnych intuicji dotyczących funkcjonariusza Rosłona. Ale głównym winowajcą tych reminiscencji był oczywiście sędzia Krzysztof Kotynia, który swym nieodpowiedzialnym odrzuceniem mojego pytania do świadka Janiny Wawrzyniak wypuścił obleśnego dżina z butelki zapomnienia. Przypomnę że pytanie dotyczyło wiedzy, bądź niewiedzy dyrektora MOPR na temat orientacji seksualnej u podległych jej funkcjonariuszy upoważnionych do intymnych kontaktów z małoletnimi. Opisałem to zdarzenie dokładnie w felietonie pt: "Polnische Cohn-Benditen - czyli rzecz obiecana na temat orientacji seksualnej funkcjonariusza Rosłona"
http://niepoprawni.pl/blog/godny-ojciec/polnische-cohn-benditen-czyli-rzecz-obiecana-na-temat-orientacji-seksualnej
A może jednak kierowały tym nieszczęsnym czynownikiem płciowe motywy o pedofilskim wypaczeniu? - rozmyślałem coraz częściej. Ten człowiek wciąż chodzi na interwencje do następnych rodzin. Czy się choć trochę mityguje po perypetiach z nami?
Czy warto w ogóle do tego wracać? Jak dzisiaj zweryfikować rysujące się podejrzenia? Przecież nikogo nie obchodzi oczywisty fakt, że Funkcjonariusz Rosłon z premedytacją postanowił skrzywdzić moje dzieci, deklarując jednocześnie bezgraniczne wręcz ich umiłowanie. Czy odczuwał wtedy seksualne podniecenie jak wymaga tego definicja pedofilii w Kodeksie Karnym? Czy da się to ustalić na podstawie tych nielicznych przesłanek, które mimo wszystko zostały zanotowane w protokołach sądowych? Nikt z uczestników procesów nie dostrzegał oczywiście tego czegoś lepkiego i żenującego w jego deklaracjach o "umiłowaniu dzieci". Może za wyjątkiem mojej żony. Ona wyczuła ten brud. I może jeszcze pani sędzina w sądzie rodzinnym... Takie mam wrażenie. Ale ta się wstydliwie wycofała i w ostatniej chwili taktownie oddaliła najistotniejsze moje pytania. Poddała się gdy ja akurat zdecydowałem drążyć temat i nieuchronnie zmierzałem do uchwycenia istoty emocji funkcjonariusza Rosłona. Jeszcze chwila a utrwaliłbym ich rzeczywisty charakter w protokole.
Z resztą z tego co ocalało w aktach i tak dałoby się wszystkie me intuicje i wnioski usprawiedliwić a nawet potwierdzić. Dla sądu dowodem rozstrzygającym byłoby dopiero chyba podłączenie Jarosławowi Rosłonowi pletyzmografu prąciowego na czas całej sprawy.
Ale przecież żadnej sprawy nie było! I to jest najzabawniejsze. Niczego nie było. W archiwum skierniewickiego MOPR-u nie ma nawet śladu akt. Wie to prokurator, wie to prezydent miasta, wiedzą radni, wie sąd, który w imieniu IIIRP skazał mnie na 5 lat więzienia, a potem za tę oczywista pomyłkę przeprosił protokolantkę. Dziewczyna rzeczywiście zbladła i była bliska omdlenie słuchając tych bzdur. Oczywiste, że nie o pięć lat chodziło sędziemu a o pięć miesięcy...
Ale w polskim sądownictwie nic nie jest przecież oczywiste i wszyscy już to wiemy. Wiemy to, prawda?
Zwłaszcza po niedawnych popisach w Warszawie tych nadludziów z Nadzwyczajnej Kasty (w skrócie NKL) już to wiemy... 

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930