Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
63 posty 37 komentarzy

Godny Ojciec

Godny Ojciec - Jestem Ojcem. Walczę z przemocą i pedofilią instytucjonalną. Od ponad 3 lat bronię rodziny przed nieludzką agresją biurokratów z MOPR. Los nie oszczędził moim najbliższym cierpień i gorzkich doświadczeń. Opisuję je jak umiem by ostrzec kole

Ekstaza większa niż świętej Teresy - czyli nareszcie wyrok

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

To ja powinienem był stracić przytomność, mnie bardziej dotyczyło owe "pięć lat więzienia" - skonstatowałem. Cisza... Dziewczyna rzeczywiście bliska była omdlenia A ja? Chyba poczułem wdzięczność do tej kobiety za okazaną empatię

Tekst poprzedzający:

 http://niepoprawni.pl/blog/godny-ojciec/jeszcze-nie-wyrok-ale-deja-vu


 

Tydzień minął szybko. Dzień ogłoszenia wyroku był słoneczny i pełen życia. Ciepły wietrzyk niósł delikatny zapach kwiatów. W dość dobrym nastroju maszerowałem w kierunku sądu. Wcześniej nakarmiłem córki i zaprowadziłem jedną do szkoły, drugą do przedszkola. Nie bałem się już żadnych niespodzianek. Czułem, że Opatrzność Boża czuwa nade mną. Przed upiornym gmaszyskiem skierniewickiego sądu natknąłem się na mojego adwokata. Podążał w moim kierunku. Ucieszył się, że mnie zobaczył i po kurtuazyjnej wymianie grzeczności oświadczył, że niestety nie wybiera się na ceremonię ogłoszenia wyroku z jakiś tam ważnych powodów. Po zastanowieniu dodał, że tak nawet będzie lepiej dla mojej sprawy... Nie dopytywałem o wyjaśnienia, wiedząc że wszystko ma przecież swoje dobre strony. Poprosił żebym mu wysłał sms-a jak tylko sędzia ogłosi wyrok i żebym koniecznie upewnił się co do faktu, że wiadomość do niego dotarła - to ważne. Odparłem, że mogę mu wysłać tego sms-a już teraz, od razu. Zachichotał, po czym retorycznie zapytał skąd u mnie taki pesymizm. Dlaczego zaraz pesymizm? Potem zaapelował żebym jednak, mimo wszystko, ufał w sprawiedliwość i wierzył w bezstronność sądu. Wiedział doskonale co myślę o sądzącym mnie człowieku. Już od pierwszej rozprawy, kiedy to sąd najpierw przyznał, a w dniu rozpoczęcia procesu odebrał mi panią "adwokat z urzędu", jego poprzedniczkę, a potem arogancko wywalił ją za drzwi - przy tym kontynuując bez moje zgody rozprawę - wiedział to. To było ponad 2 lata temu, przez cały ten czas odbyło się wiele interesujących posiedzeń, na których miałem okazję dobrze poznać wszystkich jego uczestników. Przez te 2 lata ani razu nie miałem okazji zmienić zdania o panu przewodniczącym. Chociaż może... po ciężkim wypadku i związanej nim, kilkumiesięcznej przerwie na rekonwalescencję sędziego Kotyni wydawało się, że coś się w tym człowieku zmieniło, coś jakby drgnęło...

Wiele horrorów dane było mi przeżyć, ale były też i chwile radości, wzrastania, nadziei... Część z tych moich przygód opisałem w poprzednich notkach, części jeszcze nie jestem w stanie opisywać. Za dużo emocji.

Strażnik obsługujący wykrywacz metali przy wejściu do przybytku skierniewickiej Temidy, szczegółowo mnie pouczył co mam przepuścić przez rentgena, a co wyłożyć na stół. Uśmiechnąłem się do niego oświadczając, że od kiedy przechodzę przez tę bramkę, już trzy razy wymieniła się jej obsługa. O dziwo oduśmiechnął się, co prawda z lekkim zakłopotaniem, ale z sympatią. Jak zwykle coś zapiszczało, mimo to zostałem wpuszczony do środka. W hallu snuli się już przedstawiciele MOPR-u, podczytując wokandy, obserwując buty innych ludzi i reklamy na wyświetlaczach LCD.

Kiedy woźny wezwał na ogłoszenie wyroku, jak zwykle zająłem miejsce na ławie oskarżonych. Nie miałem nikogo obok siebie. Mój adwokat załatwiał właśnie jakieś ważniejsze sprawy, prokuratora też nie było, sąd utonął w papierach i przygotowywał spektakl. Mało mnie to obchodziło, delektowałem się ciszą zakłócaną jedynie monotonnym szelestem papieru. Dzięki Bogu jednak nie czułem się samotnie. Nagle sąd zwrócił się do protokolantki. Kazał zanotować numery jakichś paragrafów na podstawie których wznowił postępowanie. Tak, znów wznowił postępowanie! Nie powiem, trochę mnie to zelektryzowało, przywołało wspomnienia sprzed roku, kiedy dokładnie w takich samych okolicznościach Krzysztof Kotynia zamiast ogłosić wyrok, ni z gruszki ni z pietruszki skierował mnie na "badania psychiatryczne". Nie no bez jaj! - pomyślałem - drugi raz powtarzany, dokładnie ten sam dowcip staje się żenujący. Ręce mi opadły. Znów deja vu? Ale nie, sąd tylko polecił pani protokolantce uzupełnić protokół o kilka nic nie znaczących słów, po czym zamknął rozprawę. Odczułem, że zrobił to tylko po to żeby mi odświeżyć przykre emocje sprzed roku, żebym zadrżał raz jeszcze ze strachu. Strach - wielu lubi oglądać go u innych. Szukał go w mojej twarzy wnikliwie przez kilkanaście sekund. W końcu poprawił togę i łańcuch ze srebrnym orłem zwisającym mu u szyi jak kamień. Rozkazał mi wstać, a następnie powołując się na dobre imię i autorytet Rzeczpospolitej Polskiej wyrecytował słowo w słowo treść aktu oskarżenia praowicie przygotowanego przed prawie trzema laty przez skierniewicką prokuraturę, dodając od siebie, iż uznaje mnie winnym pobicia i stosowania gróźb karalnych wobec funkcjonariusza Jarosława Rosłona, oraz że skazuje mnie na 3 miesiące więzienia za naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza na służbie, oraz dodatkowo na 3 miesiące więzienia za groźbę karalną zawierającą sformułowanie "zrzucić ze schodów" co w sumie daje pięć lat więzienia.

Tu nastąpiła długa teatralna przerwa. Masakra! Czy on chce żebym dostał zawału? - pomyślałem retorycznie. Opadają nie tylko ręce...

Spojrzałem na MOPR-yszków. Justyna Gajewska chyba pogubiła się w matematycznych obliczeniach. Pięć lat odsiadki! Trzy plus trzy... Nie dała jednak poznać po sobie żadnych emocji. Natomiast na twarzy jej towarzysza nastąpiła emocjonalna erupcja resetująca bez śladu zalęknione napięcie. Jarosław Rosłon dosłownie szczytował. Zdumienie i głupawy uśmiech od ucha do ucha wibrowały na jego twarzy pospołu. Normalnie nie do wiary! - wydawały się krzyczeć jego oczy nagle roziskrzone nieprzebranym szczęściem. Tak autentycznej i gorącej ekstazy nie widziałem nawet na obliczu słynnej rzeźby przedstawiającej świętą Teresę z kościoła Santa Maria della Vittoria w Rzymie. Wątpię by dłuto samego mistrza Berniniego potrafiło uchwycić takie zjawiska.

Ta chwila miała zapewne trwać znacznie dłużej, ale coś trzasnęło. Coś upadło pani protokolantce na podłogę, jakby jakiś długopis, komórka, albo krzesło jakby zaskrzypiało? Odruchowo wzrok wszystkich skierował się w jej stronę. Ciało dziewczyny drgnęło, twarz zbladła, monotonne stukanie w klawisze zamarło, a jej dłonie zawisły bezczynnie nad klawiaturą. Na twarzy sędziego wykwitało zmieszanie.

To ja powinienem był stracić przytomność, mnie bardziej dotyczyło owe "pięć lat więzienia" - skonstatowałem. Cisza... Dziewczyna rzeczywiście bliska była omdlenia.

A ja? Chyba poczułem wdzięczność do tej kobiety za okazaną empatię.

Na to sędzia zareagował pośpiesznym zaprzeczeniem. Że pomyłka to była. Oczywiście, że to była pomyłka oczywista - sądowa. Litera prawa, która wymknęła się troszeczkę z obowiązującej konwencji. Wiadomo że chodziło mu przecież o 5 miesięcy...

I począł panią protokolantkę energicznie i uniżenie przepraszać za swoje uchybienie. Może to córka któregoś z prezesów sądu? - przeleciało mi przez myśl. Dziewczyna jakoś w końcu się ogarnęła i zaczęła znów stukać w klawiaturę.

A mnie? Takich jak ja się nie przeprasza?

Nie. Takich jak ja skazuje się na pisanie przeprosin swoich oprawców. Wstukuje się im tylko do protokołu sprostowanie, że chodziło o pięć miesięcy, a nie pięć lat i po sprawie. W zawieszeniu na lat trzy plus kurator i grzywna. Dlaczego na trzy, a nie na przykład też na pięć?

Stałem jak ten Trąbalski na własnym weselu i zastanawiałem się dlaczego zamiast bezpiecznie 2 lata zawieszenia jak chciał prokurator, sąd sam od siebie dowalił mi aż trzy, potwierdzając tym dodatkowo moje zarzuty stronniczości? Tak wiem, gdyby to były lata pięćdziesiąte okrzyknięto by mnie zapewne wrogiem socjalistycznej demokracji i dostałbym trzynaście i to bez zawieszenia. Jest więc się z czego cieszyć. No tak ale idąc tym tropem: gdyby to był na przykład początek lat czterdziestych kiedy to funkcjonariusze pokroju Jarosława Rosłona byli wyposażeni w broń palną, z pewnością nie dojechałbym nawet do Auschwitz. Padł bym trupem we własnym mieszkaniu.

Ale po co właściwie ten kurator? Przecież mam już prawie od trzech lat różnych kuratorów, którzy miesiąc w miesiąc składają skierniewickiemu sądowi pisemne raporty na mój temat, na temat moich dzieci i żony. I to jakie raporty!? Cały MOPR i nawet sędzia Krzysztof Kotynia mógłby mi takich referencji pozazdrościć, o prokuratorach już nawet nie wspominając.

 

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

MOJE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930