Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
68 postów 40 komentarzy

Godny Ojciec

Godny Ojciec - Jestem Ojcem. Walczę z przemocą i pedofilią instytucjonalną. Od ponad 3 lat bronię rodziny przed nieludzką agresją biurokratów z MOPR. Los nie oszczędził moim najbliższym cierpień i gorzkich doświadczeń. Opisuję je jak umiem by ostrzec kole

O pedagogice wstydu i tworzeniu „rodziny patologicznej”

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Ponowiłem ofertę pomocy. Opowiedziałem o Januszu Wojciechowskim, że istnieje, że to poseł do europarlamentu, że pomaga takim jak my...

 

 

 

W poprzednim artykule http://godnoscojca.salon24.pl/669403,jak-stworzyc-rodzine-patologiczna-czesc-pierwsza pisałem o nieszczęściu jakie spadło na naszego sąsiada. I o jego „szczęściu w nieszczęściu”. W tym odcinku opowiem dalszą część tej pouczającej historii.

Przyznam, że kiedy dowiedzieliśmy się, że syn tego pana wrócił już do domu, a MOPR się od niego raz na zawsze odczepił, zamiast radości wraz z żoną poczuliśmy w sercu jakby ukłucie zazdrości. Najbardziej chyba o to, że on ma już święty spokój a my wciąż musimy walczyć.

Dziwne nie? A przecież tak typowe i ludzkie.

Poczucie krzywdy i osamotnienia jeszcze bardziej zaczęło pożerać nasze dusze i trzeba było wykonać wiele pracy nad sobą żeby to przezwyciężyć. Ta praca bardzo się później przydała, ale o tym opowiem innym razem.

Chyba skupienie się na wewnętrznym samodoskonaleniu sprawiło, że nasz zamiar pospieszenia temu człowiekowi z pomocą, jakoś niezauważalnie się ulotnił? Mijały kolejne dni a my zupełnie zapomnieliśmy, że postanowiliśmy porozmawiać z sąsiadem i zaoferować mu realną pomoc.

Kiedy się dziś nad tym fenomenem zastanawiam, dziwię się sam sobie.

Nie mogę sobie wybaczyć, że mogłem na podstawie zupełnie mglistych przesłanek, jakichś plotek i domysłów, odstąpić od głęboko przemyślanego postanowienia? Przecież to było do nas niepodobne, tak bardzo niepasujące.

Od tamtego czasu upłynęły miesiące. Sąsiada czasem widywaliśmy na ulicy, czasem mijaliśmy się wymieniając zwyczajowe pozdrowienia. Jednego razu moją żonę coś tknęło.

– Nie sądzisz, że w tym człowieku pojawiło się coś niepokojącego? - zapytała.

Pan rzeczywiście nie wyglądał na szczęśliwego, był nieogolony, jego wewnętrzna radość jakby zgasła, jakoś tak poszarzał, jakby się przedwcześnie postarzał. Nawet jego wózek jakby pokrył się kurzem...

Dziwne to. Rozmawiając nagle uświadomiliśmy sobie, że ostatnio nie widujemy jego syna. Rzeczywiście! I w tym momencie dotarło do nas, że po raz ostatni widzieliśmy chłopaka może z rok temu. Chyba wtedy kiedy biegał z innymi dziećmi po placu zabaw, zupełnie jeszcze nie mając pojęcia o istnieniu MOPR-u?

Nie dawało mi to spokoju. Zacząłem się rozglądać za okazją spotkania tego człowieka.

I po paru dniach, jakby na życzenie, nadjechał swoim wózkiem mi naprzeciw.

Ledwo go poznałem, schudł, albo raczej zapadł się wewnętrznie, kościste kikuty jeszcze bardziej kluły w oczy, zaczerwienione poliki i podsinione worki pod oczami informowały, że coraz więcej popija albo nie dosypia, jego przekrwione oczy były pełne bólu i rezygnacji. Ledwo odpowiedział na moje pozdrowienie, wstydliwie unikał mego wzroku, próbował jak najprędzej wyminąć niespodziewaną przeszkodę.

Nie ustąpiłem. Zapytałem jak leci. Przyznałem, że słyszałem o porwaniu jego syna. Opowiedziałem jak MOPR naszedł moją rodzinę i próbował zabrać również moje dzieci, po czym dodałem, że go rozumiem i współczuję. Zaoferowałem pomoc.

Uśmiechnął się z nostalgią i rezygnacją, grzecznie podziękował. To już przeszłość.

Z nienawiścią spojrzał na swój wózek.

  • Wszystko przez to – jęknął wstydliwie i wskazał dłonią na kikuty – pan rozumie, chłopak dorasta, porównuje się z innymi, ma coraz większe potrzeby, a ja nie daję już rady. Coraz częściej próbował krzykiem wymuszać na mnie różne rzeczy... Prosiłem żeby umilkł, tłumaczyłem, a wówczas on wymuszał jeszcze głośniej. Musiało w końcu do tego dojść, że któryś z sąsiadów nie wytrzymał i zadzwonił. Najgorsze, że sąsiedzi już nie wydzwaniają na policję ze skargami na „ hałasujące bachory”. Dziś wszyscy ratują cudze dzieci przed przemocą.

Pokiwałem głową ze zrozumieniem.

– „Porządnym obywatelom” nie wypada wzywać policji z powodu banalnego hałasu. Milej widziana jest troska o „dobro dziecka” i powiadamianie MOPR-u.

Ponowiłem ofertę pomocy. Opowiedziałem o Januszu Wojciechowskim, że istnieje, że to poseł do europarlamentu, że pomaga takim jak my. Zaproponowałem wymianę doświadczeń.

  • Nie, nie, nie - machnął ręką z lekkim przestrachem – Już po wszystkim. MOPR już nam pomógł... - odparł uciekając oczami przed moim wzrokiem.

  • MOPR? - zdziwiłem się dopatrując się w jego wypowiedzi śladów przekąsu. Ale mówił szczerze.

  • Tak, gdyby nie pani dyrektor Wawrzyniak nie wiem co bym ze sobą zrobił. Ona mnie uratowała.

Miałem zupełnie inny obraz tej pani w pamięci. Przypomniałem sobie jej matactwa ujawnione w sądzie. Wielkie moje zdumienie szybko przerodziło się w nieodpartą ciekawość. Zapytałem o szczegóły.

  • Kiedy przyszło wezwanie do zapłaty za trzymiesięczny pobyt syna w pogotowiu opiekuńczym załamałem się – rozłożył bezradnie ręce - Skąd miałem wziąć te 11 tysięcy? Ja inwalida bez pracy, przecież ledwo opłacam rachunki za mieszkanie. Chyba bym ze sobą skończył gdyby mi (...) nie poradził co robić. Poszedłem do pani dyrektor MOPR i padłem jej do stóp. Płacząc prosiłem... i w koncu znalazło się rozwiązanie. Pani dyrektor poradziła żebym napisał do niej wniosek o umorzenie tych jedenastu tysięcy, to ona zobaczy czy da się coś wymyślić. I dotrzymała słowa.

Zbulwersowała mnie ta historia! Nie dość, że człowiekowi przemocą zabrano dziecko to jeszcze mu wystawiono za to rachunek? Dobrze wiedząc w jakiej jest sytuacji materialnej! Czy to w ogóle legalne? Wątpię. A nawet jeśli to jak tak można upokarzać człowieka? Odzierać z resztek godności? Horror! Nie skomentowałem tego jednak. Starałem nie dać po sobie poznać swego wzburzenia.

  • No dobrze a co z chłopakiem? – zapytałem.

  • A już w porządku.

  • Jest w domu? - nie mogłem uwierzyć. Skinął głową przytakująco.

  • Jakiś czas był u cioci, ale już jest... – (czy tam babci?) Zdaje się odparł.

Pokiwałem głową z wyrozumiałością. Facet najwyraźniej starał się coś ukryć przede mną. A ja nie miałem prawa naciskać wbrew jego woli. Pogratulowałem mu szczęśliwego zakończenia tego ponurego doświadczenia, po czym pożegnałem się.

  • Może i dobrze, że się tak stało – rzucił za mną filozoficznie - syn po tym doświadczeniu trochę się ogarnął, coś tam zrozumiał, będzie lepiej...

  • Na pewno – odparłem i uśmiechnąłem się jak najżyczliwiej.

 

*

Jakiś czas potem spotkałem naszą wspólną znajomą. Wspomniałem jej o rozmowie z sąsiadem i wyraziłem radość z faktu, że w końcu udało się mu odzyskać syna.

  • Jak to odzyskać syna? - była wyraźnie zdezorientowana.

  • Niedawno z nim rozmawiałem i tak powiedział. - zapewniłem.

  • Nie prawda! Przecież bym o tym wiedziała.

Zamurowało mnie. Dlaczego skłamał? W ułamku sekundy tysiące myśli przewinęło się przez moją głowę. I tak jest do dziś kiedy wracam do tej historii i próbuję zrozumieć.

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031